- Westchnął ciężko. - To co? Powiesz mi, co napisała Lara?

mocniej, szybciej. W strumieniach ciepłej wody Marla
- Znalazłam ją - wydusiła Shelby. Wyskoczyła z szafy i stanęła w oświetlonym gabinecie Etty. Trzy kroki
wokół zmeczonych oczu matki i jej zgarbione szczupłe plecy.
- No, nie.
- Wiem, ale odśwież mi pamięć.
szybki numerek.
do niej „mamo”, ale Shelby wiedziała, że z czasem to się zmieni. Musiała tylko być cierpliwa.
zadała sobie trudu odszukania kogoś, kogo mogłaby zapytać, czy może go dosiąść. Wszystko na tym ranczu
Gorsza od Marli.
Czyjś stłumiony głos odpowiedział:
Oboje mieli romanse, ale zawsze w koncu znowu wracali do
przytłaczającą większością głosów. Co niechybnie oznaczało wzrost przestępczości w tym zakątku Texas Hill
nie interesujące? Mężczyzna, którego Ross McCallum próbuje obwiniać o morderstwo, mężczyzna, który dopilnował,
odwiedzajacych i personelu wydawały sie dretwe i fałszywe.


apartamenty na sprzedaż kołobrzegŚwiadczenia opiekuńcze 2019długie weekendy 2019

- I na pewno z łatwością uda się panu uzyskać je już jutro - skwitowała ironicznie. - Życzę powodzenia.

na nasypie zakrwawiona, ze złamanym karkiem i skóra zdarta z
Popatrzcie na nia, widzicie chyba, ¿e wyglada zupełnie inaczej.
matki, lecz rozpacz. Jak to mo¿liwe, ¿e ten mały cherubinek

- Ramón, nie! Dios, nie rób tego. Och, Ojcze Przenajświętszy...

sentymentalnemu przekonaniu Chrisa, że Danny odnalazł spokój po śmierci, ale też nie zgadzał się z jego opinią. Danny nie znalazł żadnego spokoju, podobnie jak nie czekały na niego chóry anielskie, by zaprowadzić go do perłowych dwuskrzydłowych wrót zwieńczonych gwiaździstą koroną. Został pochłonięty przez nicość, wiekuistą czarną pustkę. To właśnie oznaczała śmierć. Dlatego Huff uważał, że trzeba korzystać z życia, ile wlezie. Jedyną nagrodą, jaką człowiek mógł odebrać, było to wszystko, co zdobył tu, na ziemi. I on właśnie chwytał życie pazurami i zębami, robiąc wszystko, co konieczne, aby zdobyć to, co najlepsze, największe, najbardziej pożądane. Chronić każdego, kto potępiał owe metody. Huff Hoyle nie tłumaczył się przed nikim. Jeżeli zaś ten sposób na życie nie gwarantował spokoju ducha, to trudno. Były gorsze rzeczy, bez których człowiek czasem musi się obejść. 9 Sayre weszła do biura szeryfa i podeszła do recepcji. Opryskliwy policjant siedzący za biurkiem wymruczał coś niezrozumiale na przywitanie. Nie zdjął nóg z biurka i kontynuował dłubanie pod paznokciami składanym nożykiem. - Chciałabym się widzieć z detektywem Wayne'em Scottem. Twarz urzędnika nie zmieniła wyrazu. Jeżeli jego publiczna funkcja, za którą mu płacono wymagała, aby w tym momencie zdjął nogi z biurka, poprawił krzesło i zostawił troskę o higienę osobistą na bardziej odpowiedni moment, policjant najwyraźniej nie był ani zainteresowany, ani zmotywowany do jej wypełnienia. - Scotta nie ma - rzucił. - W takim razie chcę się widzieć z szeryfem Harperem. - Będzie dziś zajęty przez cały dzień. - Jest u siebie czy nie? - Jest, ale... Sayre przeszła obok jego biurka i pomaszerowała wzdłuż krótkiego korytarza. Recepcjonista rzucił się w ślad za nią, z okrzykiem: „Hej!". Zignorowała go i bez pukania otworzyła drzwi prowadzące do gabinetu Rudego Harpera. Szeryf siedział za biurkiem, przedzierając się przez plik papierów. - Przepraszam, Rudy - rzucił policjant zza jej ramienia. - Weszła tutaj, jakby była kimś ważnym. - Bo jest kimś ważnym, Pat. Wszystko w porządku. Zawołam cię, jeśli będę potrzebował pomocy. - Mam zamknąć drzwi? - Tak - poleciła Sayre, chociaż pytanie recepcjonisty skierowane było do Rudego. Policjant rzucił jej nienawistne spojrzenie, po czym wycofał się, zamykając za sobą drzwi. - Czy to wszystko, na co cię stać? - spytała Sayre, spoglądając ponownie na szeryfa. - Czasami Pata trochę ponosi. - Co nie usprawiedliwia jego niegrzeczności. - Masz rację, nie usprawiedliwia. - Rudy Harper gestem zaprosił ją, by usiadła na krześle stojącym naprzeciw biurka. - Podać ci kawy, a może coś innego? - Nie, dziękuję. Spojrzał na nią uważnie. - Kalifornia ci służy, Sayre. Wyglądasz naprawdę dobrze. - Dziękuję. Niestety, nie mogła się odwdzięczyć podobnym komplementem. Tego poranka szeryf wyglądał na jeszcze bardziej wymizerowanego niż wczoraj, zupełnie jakby ostatniej nocy nie zmrużył oka.
- Tak - przyznała. - Tak samo jak ty boję się ryzyka zwią¬zanego z budowaniem relacji z drugą osobą. Ale ja przynaj¬mniej się do tego przyznaję i próbuję coś z tym zrobić!
Roześmiała się gorzko. - Wierzysz w moją historię? Przestałeś już sądzić, że moje spotkanie z Watkinsem to wyłącznie konfabulacja? - Oczywiście, że ci wierzę. - Ach, czyli po prostu bawi cię robienie ze mnie idiotki i dyskredytowanie wobec innych ludzi. Zdaje się, że od jakiegoś czasu to twoja ulubiona rozrywka. - Jestem prawnikiem Chrisa. - Nie mogłeś wyrazić się jaśniej. Otworzyła drzwiczki i wsiadła, ale Beck powstrzymał ją przed zamknięciem wozu. Pochylił się nisko i rzekł z gniewem: - Chris zawierzył mi sprawy jako swojemu przedstawicielowi. Nie mogę nadużywać jego zaufania, podobnie jak ty nie możesz tego zrobić narzeczonej Danny'ego. Miałaś dziś doskonałą okazję do przedstawienia im motywu morderstwa, Sayre, ale nie zrobiłaś tego. Nie zrobiłaś, ponieważ dałaś słowo tamtej kobiecie, że nikomu nic nie powiesz. Dlaczego owe reguły mają się stosować wyłącznie do ciebie? Prawdę mówiąc, miał rację. Gdyby nie próbował chronić swojego klienta, naruszyłby etykę zawodową. To jednak, że postąpił słusznie, nie zmieniło faktu, że była na niego wściekła jak diabli. - Puść te drzwi. - Gdzie jedziesz? - Gdzie mi się spodoba. - Szarpnęła za drzwi, ale bezskutecznie. - Posłuchaj mnie, Sayre. Zapomnij, że jesteś na mnie zła i skoncentruj się na Watkinsie. Weź sobie do serca jego groźby. Nie jest zbyt inteligentny, ale to czyni go tylko bardziej niebezpiecznym. Dziś rano może nie zamierzał cię skrzywdzić, ale teraz, gdy dostarczyłaś wiadomość Rudemu, spełniłaś swoją rolę. Może wróci. Watkins nienawidzi Hoyle'ów, a ty należysz do rodziny, Sayre, czy tego chcesz, czy nie. Poza tym... - obrzucił ją wzrokiem - zwracasz na siebie uwagę. - Doskonale. A zatem będę dobrze widoczna wśród demonstrantów. Po raz drugi tego dnia Beck zaparkował na wolnym miejscu przed biurem szeryfa, tuż obok porsche Chrisa. Zgodzili się tu spotkać po lunchu, który Chris miał zjeść z Huffem w domu. Wysiadając, Beck zostawił otwarte okna w swoim wozie, chociaż nie mogło to zapobiec nagrzaniu się wnętrza i temu, że za chwilę w środku zrobi się parno. Upał był dzisiaj bezlitosny. Nawet klimatyzowane wnętrza posterunku wydawały się zawilgocone i duszne. - Hoyle jest w ostatnim pokoju po prawej - poinformował go dyżurny, Pat czy jak mu tam było. - Dzięki. Beck zapukał, a potem wszedł do pokoju z trudem mieszczącego stół i dwa plastikowe krzesła. Na jednym z nich siedział Chris. - Cześć - rzucił. - Cześć. Widziałeś się z Rudym? - Nie. Tylko z tym neandertalczykiem w recepcji. Kazał mi tutaj przyjść, powiedział, że Rudy i Scott nie wrócili jeszcze z lunchu i poprosił, żebym się rozgościł. Beck od razu wyczuł zmianę w zachowaniu się przyjaciela. Zniknął gdzieś jego sarkazm, nieodłączna część charakteru. Usiadł naprzeciwko Chrisa. - Powiesz mi, co się stało? Ten uśmiechnął się ponuro.

krwi. - I nie wa¿ sie ju¿ nigdy pokazywac w tym kosciele.

- Oczywiście - odparł z absolutną pewnością siebie.
- Już siedzi. Czy raczkuje?
Rano oznaczało perspektywę smutnej, przeraźliwie pu¬stej przyszłości, ale teraz... Teraz było teraz. Mark trzyma¬jący ją w ramionach. Jego wargi na jej ustach. Dotyk jego ciała. Ogień w jej żyłach. Tak, teraz, na tych krótkich kilka chwil, ten mężczyzna był jej domem, jej miejscem na ziemi.